niedziela, 3 lutego 2013

…Oto miejsca utracone

Miejsca w których cisza się nie pojawiała. Miejsca dziś zapomniane i opustoszałe, choć niedawno były wypełnione gwarem i śmiechem. Pozostali tylko niemi świadkowie lepszych czasów- kamienie- było też niebo ale ono samo się zmieniło; były też drzewa ale je wycieli; były też ławki ale je zniszczyli. Zostały tylko kamienie, bo nawet gleba tu umarła. Ale kamienie, jak to dzieci gór, milczą. Były przed wszystkim i będą po wszystkim. Obojętnie obserwatorzy, którzy nigdy nie opowiedzą żadnej z widzianych historii. Nie powtórzą żadnej zasłyszanej opowieści. Nie pokażą żadnego widzianego obrazu. To one były przy początkach życia, pojawieniu się człowieka, wzrostu jego cywilizacji i jej zmierzchu. Były na początku i będą na końcu. Pozostaną tu aż Słońce łaskawie nie pochłonie ich wraz z całą Ziemią. 
Dziś echo odpowiada ciszy i pustce, w zwierciadłach kałuż odbijają się tylko ciężkie ołowiane chmury. Nikt już nie cieszy się, jak dawniej, z codziennych przyjemności. Z tych co tu byli, każdy odszedł w swoja stronę pozostawiając daleko za sobą wspomnienia szczęśliwych dni. Dawniej na miejsce każdego odchodzącego wbiegali nowi, wnosząc radość i gromki śmiech. W tych czasach nikt jednak nie nadchodzi, jest tylko powiększająca się pustka i tęsknota…


  


piątek, 18 stycznia 2013

poranek i wieczór dnia poprzedniego

Podmuch wiatru, kłębiącego się pomiędzy budynkami, strąca płatek śniegu w wąwóz ulicy. Lot; spadanie. Mistyczny taniec wśród wiatru, zataczanie kół, wierzganie w górę i opadanie w dół niczym szaman w czasie rytuału. Dziki pląs tłumu pchanego mroźnym północnym podmuchem. Tysiące tańczących do rytmu, którego niemożna usłyszeć. Wszyscy na swych miejscach, wirują i biegają, ale się nie spotykają, mijają innych muskając ich z oddali. Dla każdego to cudowny lot poprzez pustkę wypełnioną nim. Wypełnioną nimi, każdym z osobna i wszystkimi naraz.
Spektakl nie mógłby się odbyć w ciemnościach. Niebo jest mu przychylne i rozchyla chmury pozwalając słońcu rozpalić je różowym blaskiem. Nieskończona liczba tancerzy otoczona opieką delikatnych olbrzymów pod czujnym okiem Heliosa. Trwa przedwieczny i ponadczasowy taniec świata.
Wtem w partyturze pojawia się fałszywa nuta. Ten maluczki- człowiek- śmiał wedrzeć się do świata, w którym choć istnieje to w nim go nie ma. Brutalne żółte blaski przecinają przestrzeń jak topór zbliżający się do pnia prastarego drzewa. Bryła metalu, nic nie znacząca dla powietrza mimo swej destruktywnej natury. Okrutne światło też wirowało, też kręciło się i też biegło naprzód. Nie było jednak tancerzem, nie było aktorem tego spektaklu, było nienaturalne i obce. Błyski wdzierały się do spektaklu, który był już kompletny. Przez ciągnący się w nieskończoność moment działo się wszystko jednocześnie- taniec trwał raz po raz zwalniając i przyspieszając, różowy blask rozlewa się leniwie a żółć zalewa kolejne tłumy tańczących. Pomimo brutalnego wejścia Niechcianego, wszystko zaczyna się zestrajać w jedna całość. Stan doskonałości. Krótki przebłysk niezamierzonej perfekcji. Ale ta chwila już się kończy. Zmęczeni tancerze opadają, Żółte oko odchodzi w dal, na niebie chmury rozchodzą się za swoimi sprawami, zaś słońce wspina się wyżej, skąpiąc różowego blasku.

*

On idąc zasłuchany w muzykę płynącą ze słuchawek podniósł wzrok z płyt chodnikowych i zobaczył wirujący śnieg, róż nieba i żółty blask koguta śmieciarki. Zdziwiony, że śnieg pada mimo braku chmur, odszedł. Zobaczył tylko tyle, zobaczył aż tyle.

* * * 





niedziela, 6 stycznia 2013

List do K.M.

…czyli o słuchaniu monotonnego szumu fal.

W odpowiedzi na komentarz do poprzedniego postu pozwoliłem sobie napisać kilka słów o moim spojrzeniu na rutynę. Na początek jednak kilka zdjęć, a dalej niech czytają zainteresowani :)


Dwa powyższe zdjęcia zostały zrobione na Powiślu, przy czym lewe kilka dni temu zaś prawe prawie rok temu. Poniższe jest trochę w kontekście listu; powstało jako ostatnie przed dość długą przerwą w fotografowaniu- po skończeniu rolki je zawierającej nie zrobiłem zdjęcia przez ponad dwa miesiące.




Cześć K.

Na wstępie odpowiem na pytania wymagającej krótkiej odpowiedzi:
Tak, są to kostki lodu na praskim brzegu Wisły, zaś poruszenie wynika z tego, ze zdjęcie naświetlało się kilka sekund w czasie których fale rzeki omywały lód.
A co było „kamyczkiem”? Była nim krótka awaria zasilania w mojej okolicy w wigilijny wieczór- mimo późnej godziny i niedziałających latarni na dworze było wyjątkowo jasno, więc postanowiłem wyjść na foto-spacer. Pierwszy od dobrych dwóch miesięcy, w jego efekcie w kolejne dni były też dość owocne w spacery, choć nie w ilość zdjęć.
Skoro drobnostki wyjaśnione to chciałbym przejść do właściwego tematu. Rutyna. Sama w sobie nie jest zła. W pewnym zakresie, pozawala uporządkować trochę codzienność i jeśli nie wypełnia nas w całości to jest czymś dość dobrym. Problem rodzi się gdy grzęźniemy w niej i uznajemy, że realizacja tych codziennych spraw wystarcza nam za wszystko. Przestajemy wtedy szukać czegoś więcej, przez co rzeczywistość staje się szarą codziennością. Być może część ludzi to zadowoli i im wystarczy do szczęścia, ja jednak popadając w taki stan, czuje jak bym się zatrzymał. Mimo upływu czasu, przemijania dni, tygodni czy nawet miesięcy, pomimo dziejących się wokół wydarzeń mam wrażenie stagnacji. Brakuje mi czegoś, a jednocześnie nie mogę tego szukać a tym bardziej znaleźć. Brnąc tak w tą szarość dochodzi się do punktu w którym musi się cos stać. Spada wtedy taki mały kamyczek wzbudzający lawinę, ale co ona sprawi? Albo spowoduje ocknięcie się albo będzie stanowiła punkt z którego nie ma odwrotu. Gdy człowiek minie ten punkt to by się obudzić potrzeba nie lawiny a trzęsienia ziemi. Swoją drogą, w tym przypadku, to raczej nie będzie kamyczek tylko ostatni gwóźdź do trumny…
Myślę, że można też posłużyć się pewną analogią. Czas wypełniony w całości rutynowymi zdarzeniami jest jak rytm bijący w tle. Z początku mało wyraźny, potem staje się oczywistym wypełnieniem otoczenia. W pewnym momencie możemy albo stwierdzić, że ten dźwięk jest irytujący, mamy go dość i ograniczamy jego wpływ na nas, albo odkrywamy, że daje nam pewne poczucie bezpieczeństwa i bez niego jest jakość pusto i źle. Rutyna, prócz stagnacji, ma według mnie jeszcze jedno niebezpieczeństwo- może dawać ułudę pewności, tego co zdarzy się w przyszłości. Nie chcę bynajmniej przekonywać, że planowanie jest złe. Ale realizowane w ten sposób może przeistoczyć się ze środka w cel. Możesz się ze mną nie zgodzić, ale uważam, że życie jako realizacja „planu minimum” jest niepełne. Brakuje mi w nim różnorodności, pewnej dozy poszukiwania czegoś nowego i innego niż codzienność. Choć czasem popadam w taka stagnacje, to pod skórą czuję potrzebę jej przerwania. Może ona czasami gryźć przez długi czas, ale żeby się przebić trzeba jeszcze tego zewnętrznego bodźca. Na szczęście, wcześniej czy później, w jakiejś postaci się pojawia, a wtedy rusza lawina.
To co piszę tyczy się mnie, może nie tylko. Na pewno znajdzie się duża grupa osób, którym wystarczy zamkniecie w minimum i będą szczęśliwe. Ale czy to będzie pełnia szczęścia? Nie mnie to oceniać.
Mam nadzieję, że choć w części odpowiedziałem na pytania, zaś forma w jakiej myśli przelałem na tekst okazała się strawna.

Kamil

wtorek, 25 grudnia 2012

Monotonny szum fal


Prawie dwa miesiące nic nie pisałem na blogu, nie zamieszczałem zdjęć. Nie było by to takie złe, gdybym choć w tym czasie zdjęcia robił. Niestety nawet to się nie udawało. Przez te kilka tygodni aparaty leżały odłogiem i czekały na lepsze czasy. Międzyczasie zdążyła przyjść porządna zima z mrozem i śniegiem, a i część tego śniegu stopić ciepłym niżem. Następny, głośny koniec świata nie nadszedł, następne święta prawie skończone, następny rok dobiega końca. Następny, następny, następny... Codzienne czynności, przechodzą w zamknięty w rutynie tydzień, tygodnie zlewają się w monotonne miesiące. Czas mija, dni są szczelnie wypełnione zajęciami, ale mimo to, jakby nic się nie dzieje. Stagnacja. Niemożliwy do przerwania rytm, z którego nie można się wybić; jak nużąca monotonna melodia, do której trudno wprowadzić nowe nuty.
Wystarczy jednak czasem drobne zakłócenia, małe drgniecie rzeczywistości by zbudzić zaklęty w rutynie umysł. Może to być rozmowa, krótkie niespodziewane spotkanie, kilka szybko nakreślonych zdań od drugiej osoby. Drobnostka. nic nie znacząca dla świata błahostka, która jak ten mały kamień spowoduje lawinę zdarzeń. Może się ona różnie potoczyć- spowodować otrzeźwienie albo spotęgować zapaść. Ale coś się zmieni. Może nikt nie zauważy jednego spadającego kamyczka, takiego samego jak setki innych, jednak to on poruszy wszystko.


*   *   *

Dwa zdjęcia z  pewnego, wczesnowiosennego spaceru Anno 2012.



niedziela, 28 października 2012

Czarno i biało

No i mamy pierwszy śnieg tej zimy- całkiem spora warstewka mimo, że jeszcze złote liście na drzewach wiszą. Dzięki barwom ostatnich tygodni udało mi się wypstrykać dość sporo jesiennych a co więcej kolorowych zdjęć; teraz filmy tylko czekają na wywołanie- może uda się w ciągu nadchodzącego długiego weekendu. Między czasie dorzucę coś z jesieni ale w czarnej bieli.

























A tak przy okazji drugie zdjęcie jest jedynym czarno-białym, które zrobiłem podczas ostatniego spaceru po Powązkach, poza nim są prawie dwie rolki koloru. Rozpstrykałęm się...



niedziela, 14 października 2012

Jesienne pstryki

Powolutku, pomalutku kiełkują jesienne kolory, dwie roli czekają tylko na wywołanie, trzy kolejne na dokończenie. Na razie jesienno-spacerowe pstryki:




poniedziałek, 8 października 2012

Słoneczna piosenka

Dziś krótka historia pewnego zdjęcia.
Październik 2011r. Piękne wtorkowe przedpołudnie, Ogród Saski.
Piękna jesienna pogoda skłania do wpuszczenia aparatów na spacer. A więc korzystając z uroków Parku Saskiego przechadzam się szukając kadrów. Nagle z daleka wyłania się postać- dość nietypowa bo prócz płaszcza posiada parasol. Ba! Otwarty parasol w piękny słoneczny dzień! No jak nic trzeba ustrzelić zdjęcie, tylko jak? Owa postać powoli zmierza w moim kierunku, a ja nie chcąc być zbyt nachalnym, rozglądam się jeszcze wokoło gdy słyszę:
-Bite Photo! - woła mężczyzna w płaszczu z otwartym parasolem. Z wielkim zaskoczeniem naciskam spust migawki nie myśląc zbyt wiele o kompozycji i perspektywie.
-Danke! - odpowiedziałem po czym podeszliśmy do siebie.
-Name? - wskazując w moją stronę.
-Pentax- nie wiem czemu myślałem o aparacie...
-Nein, name.- jeszcze raz wskazując na mnie.
-Kamil.
-Kamil? Ist polnische Name? To czemu mówisz po niemiecku?!

Dalsza rozmowa z oczywistych powodów potoczyła się po polsku.
Po jakichś 20-30 minutach każdy odszedł w inną stronę.


Die Rainman im sonnigen Tag/ The Rainman in the Sunny day

piątek, 5 października 2012

*

Drugi tydzień walki ze skanerem chyba zaczyna przynosić rezultaty. W końcu dostaje akceptowalne pozytywy- jeden z nich poniżej. Jesienny spacer "testowy" coby kolorowe film rozruszać w aparacie. Myślę, że w końcu w najbliższych dniach zaczną się pojawiać zdjęcia, ale czy coś z tego wyjdzie?



poniedziałek, 1 października 2012

Kazimierz Dolny

Podobno skleroza nie boli tylko czasem nachodzić się trzeba. Na szczęście tym razem nie za daleka była trasa i w końcu wrzucam tu fotki z Kazimierza Dolnego zrobione w końcówce lipca...
Samo miasteczko jest naprawdę fajne szkoda tylko, że zawsze natykam się tam na takie masy turystów. Co gorsza wizyta zbiegła się z jakimś jarmarkiem czy innymi targami więc ludzi powódź. A co jeszcze gorsze zarówno baszta jak i zamek były (i są) w remoncie więc wejść tam nie można. Mimo wszystko tradycyjna trasa przez dwa rynki, górę Trzech Krzyży, klasztor i bulwar nad Wisła została zaliczona no i przy okazji kilka pstryków udało się strzelić. Bez zbędnej gadki trochy zdjęć:
[najlepiej obejrzeć w formie galerii po kliknięciu na zdjęcie- blogspot masakruje te zdjęcia zmniejszaniem]






















Swoja drogą zaczął się październik. Oznacza to ni mniej ni więcej, że i rok akademicki ponownie startuje, więc i teoretycznie mniej czasu na zdjęcia. W połączeniu z nowym skanerem, który próbuje od tygodnia rozgryźć, zapowiada to wysyp gniotów i gniocików na blogu w niedługim czasie. A było już tak spokojnie tu.

Początek października to dla mnie jeszcze jedna rzecz- ponowne sięgnięcie do Mistrza i Małgorzaty, chyba już czwarte w przeciągu czterech lat. Na me nieszczęście zaczyna mi świtać jakiś pomysł na zdjęcia związane z książką tylko jak je zrealizować!? Może kiedyś się uda...